"HELL- O - KITTY ";  Lubelski Informator Kulturalny, nr 1/2013 (styczeń, 2013 r.), Marta Zgierska


Najnowszy spektakl Lubelskiego Teatru Tańca Hello Kitty oparty na Dzienniku Anne Frank, wymownym świadectwie Holokaustu, sytuuje się daleko od jakiejkolwiek kontrowersji. Dzieje się tak na przekór reakcjom, które mogliśmy obserwować na lubelskiej arenie jeszcze przed premierą, a podejście do realizowanego tematu okazuje się jednym z największych atutów tego spektaklu.

Wykorzystanie tanecznego tworzywa umożliwiło skupienie się na sytuacji niewinnej jednostki bez konieczności opisywania i odtwarzania w sposób narracyjny całej historii. Spektakl jest doskonałym przykładem na to, w jaki sposób taniec wypełnia puste przestrzenie znaczeniowe, werbalne luki, w jaki sposób materializuje wrażenie, które powstaje w odbiorze danych wydarzeń.

Reżyser Wojciech Kaproń zupełnie zrezygnował z prostych komunikatów sugerujących konkretną sytuację historyczną, odwołujących nas bezpośrednio do problemu nazizmu i antysemityzmu. Pamiętnik Anne adresowany do wyobrażonej przyjaciółki Kitty jest punktem wyjścia do podjęcia próby uchwycenia istoty tragedii jednostki, która nie ma wpływu na swój los.

W Anne wciela się Beata Mysiak, obecnie główna tancerka Lubelskiego Teatru Tańca. Obszar, w którym porusza się jest wyraźnie odseparowany. Prostokątne pole odgraniczają pasy trawy. Życie Anne po wybuchu wojny było nieustannym ukrywaniem się. Jej rodzina schroniła się w oficynie fabryki i pozostała tam przez ponad dwa lata. W 1944 roku doniesiono na nich, członkowie rodziny zostali aresztowani i wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Anne zmarła w Bergen-Belsen jako nastoletnia dziewczyna.

Los Anne naznaczony jest traumą i zamknięciem. W choreografii znajdziemy doskonałą ruchową trawestację tego stanu. Taniec Mysiak jest bardzo zróżnicowany, tancerka płynnie przechodzi z jednej formy w drugą. Od rzadko pojawiającego się lekkiego, delikatnego ruchu, wykończonego miękką, falistą linią, po nieco usztywnione, pełne szarpnięć i nieporadności sekwencje. Poprzez ostrożne ruchy ręką określa przestrzeń wokół siebie, staje na głowie, by wykonać badawcze ruchy nogą i za chwilę upaść. Jej ruch ciągle ewoluuje. Wiele fragmentów wykonuje blisko ziemi, klęcząc na kolanach, leżąc. W jej sposobie poruszania widzimy wpływ obecności pozostałych tancerzy. Mimo odgraniczenia Anne wyraźnie wchodzi w interakcję, a każdy tancerz nastraja ją do innego rodzaju ruchu. Widzimy to doskonale w scenie, kiedy mężczyźni odgrywają swój wyścig po zielonych pasach trawy.

Niepokój wynikający z tragicznego obrazu rzeczywistości widoczny jest w asymetrycznej konstrukcji scenografii. Jednak w tej kompozycji odnajdujemy także, dziwną w tym przypadku, harmonię i stabilność. Po lewej stronie, za polem, w którym znajduje się Anne usytuowany jest nieregularny czworobok będący ekranem do projekcji multimediów oraz miejscem odgrywania scen zapożyczonych z bajki Wolfa Erlbrucha. Równowagę zapewniają mu trzy, biegnące pod skosem podpory zakończone obciążnikami w kształcie trójkątów. W tym miejscu, po prawej stronie sceny znajduje się drugi obszar, w którym swój mechanistyczny, ostry, wojskowy taniec wykonywać będą tancerze (Wojciech Kaproń, Paweł Grala, Wojciech Łaba).

Większą część spektaklu wypełnia jednolity rytm, przypominający bicie serca. To muzyka życia, które w tej historii okazuje się być winne. Wszak, takie jest życie, a śmierć czeka na wszelki wypadek, jakby coś się wydarzyło. To sens, który wynika z wspomnianej już niemieckiej bajki. Wplecenie w sceniczną adaptację "Dziennika" współczesnej przypowieści, która ma przybliżyć dzieciom zagadnienie śmierci otwiera nowe znaczenia i jeszcze bardziej oddala nas od konkretu, historycznego faktu. To wielopoziomowa gra eksploatująca semantyczne zderzenia.

Spektakl opiera się na długich i przeciągłych sekwencjach, które widz musi przetrzymać. Wrażenie to wzmaga przewidywalność niektórych obrazów. Gdy Wojciech Kaproń wejdzie na scenę, by precyzyjnie nałożyć i zawiązać buty, a w chwilę później zacząć wystukiwać rytm - jesteśmy przekonani, że dołączą do niego pozostali dwaj tancerze. Tak też się dzieje. Bicie serca skojarzone zostaje z wojskowym rytmem, który wypełnia drugą część spektaklu. Ulega on kilkakrotnemu przyśpieszeniu, aż do całkowitego owładnięcia ciała tancerki.

Rozciągające się w czasie sceny są na pewno zabiegiem celowym, podkreślającym dodatkowo upływ czasu - tak inny w sytuacji niewoli i pełnego niepokoju oczekiwania. Pytanie tylko jak z takim rozwiązaniem scenicznym poradzą sobie widzowie, wystawieni na ciężką próbę utrzymywania uwagi. "Hello Kitty" nie wprowadza nas w trans, nie angażuje wszystkich zmysłów, każe natomiast przenosić wzrok między budowanymi równoległe obrazami.

Choreografia podąża własnym rytmem. To taniec o zagładzie. O życiu i o nadchodzącej śmierci - śmierci nienaturalnej. Ze sceny docierają do nas pojedyncze komunikaty, które nieuchronnie prowadzą do skojarzenia z wojną. Ta rzeczywistość jest głęboka zaszyta w naszej świadomości, w pamięci zbiorowej. Impulsy w warstwie dźwiękowej - bicie serca, wybijany stopami wojskowy rytm, brzmienie przypominające nalot samolotowy. Stroje w kolorze khaki, anonimowe, ale nie wolne od konotacji. To wszystko przypomina, że znajdujemy się w złym reżimie, w sytuacji, gdzie wciąż czyha niebezpieczeństwo.
 
Na scenie "Dziennik" odczytany jest jako dokument o dojrzewaniu w samotności, izolacji i poczuciu nieustannego zagrożenia życia. Wydaje się, że jest to spektakl o wiele ważniejszy od ostatnich choreografii Lubelskiego Teatru Tańca. Tym razem twórcy nie próbują stworzyć modnego spektaklu, a pozostając w czystej i klarownej estetyce skupiają się na zrozumieniu losu jednostki. Twórcy wyabstrahowali go z ekstremalnej sytuacji historycznej, przez co oddany w tańcu nabiera cech uniwersalnych.